Ambilwalentność uczuć..
Z Krakowa wróciłam z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony wyjazd zaliczam do udanych, z drugiej, nie. Ta pierwsza strona obejmuje fakt, iż pojechaliśmy w osiem osób, z których każda jest indywidualnością, co innego ją cieszy, co innego smuci, co innego podziwia, co innego wzbudza lęk. A jednak udało nam się stworzyć świetny team, czuć się ze sobą miło, wspólnie przeżywać wyjazd i realizować plany. W planach było bowiem przyspieszone zwiedzanie Krakowa, odpoczynek w klimatycznych knajpach oraz wycieczka do obozów zagłady w Oświęcimiu. Z radością muszę powiedzieć, że wszystkie punkty zostały zrealizowane. Nie przeszkodziła nam nawet wredna, deszczowa pogoda, która chciała nas wystraszyć przed wyjazdem do Oświęcimia. Ale na szczęście wspaniałe zorganizowanie ekipy pozwoliło na szybki nabór parasolek (co zawdzięczamy specjalnemu wydaniu “jesiennej rozrywki” kobiecego pisma - Olivia :)), szybkie śniadanko (tu zyskaliśmy godzinę, dzięki zmianie czasu) oraz na szybkie wyewkuowanie się z hostelu. Trzeba przyznać, że zakwaterowanie mieliśmy świetne. Chyba zaspokajało wymagania nas wszystkich, a niektórych nawet przerosło
Pokój był bardzo duży, z przedpokojem i dużym stołem z pufkami dla każdego, łazieneczki z prysznicami czyściutkie, wszystko jak się należy. Kraków, jego położenie, pamiętny wjazd do niego pięknie oświetloną kotliną, zabytki, otaczająca zieleń, wawel, smok wawelski, smocza jama - to na pewno zostanie w mojej pamięci na długo. A zwłaszcza Szisza Club - wspaniała atmosfera, klimatyczny chillout przy jabłkowej fajce wodnej, pysznych drinkach i wspólnych rozmowach - zasłużony odpoczynek w gronie przyjaciół po całodniowym zwiedzaniu.
Niestety jest jeszcze druga strona medalu. Rozczarowanie nocną atmosferą miasta, jego mieszkańcami, ich podejściem do siebie i innych. Odniosłam nieodparte wrażenie, że Krakowiacy to ludzie zadufani w sobie, snobistyczni, nie mający poczucia humoru, wrogo nastawieni do “obcych”, lekceważący uczucia innych, lekceważący wszystko i wszystkich, ludzie zepsuci, bez zasad, nie znający podstawowego savoir vivru i … aż trudno uwierzyć, że ta lista epitetów jest taka długa, kiedy to w Krakowie spędziłam zaledwie weekend. Niestety wszystko byłoby pięknie, gdyby nie nasze spotkania i przykre sytuacje z ludźmi - mieszkańcami tego miasta. Już pierwszego dnia, kiedy wjechaliśmy do centrum miasta, kiedy zapytaliśmy się przechodnia o wskazanie drogi do hostelu, w zamian otrzymaliśmy szybkie odwrócenie się na pięcie. Bez odpowiedzi. Ciekawe czy potraktował nas tak dlatgeo, że na rejestracji samochodu pierwszą literkę mieliśmy ‘W’ ? O godz. 24 wyruszyliśmy na Stare Miasto, aby podziwiać Kraków nocą. Czułam się jak w innym świecie, w innym wymiarze, innej przestrzeni, innym czasie. Tak, jakby dzień zamienił się z nocą i do tego był tak przerażający, tak dziwny, jak może być tylko w filmach. Ale to nie był film. W ciągu 10 minut drogi z Hostelu na Starówkę mijaliśmy tłumy osób na ulicach. I nie byłoby w tym może nic tak bardzo dziwnego, gdyby nie fakt, iż ludzie chodzili większymi grupkami, a każda grupka wyróżniała się na tle innej - ubiorem, wiekiem, sposobem zachowania, trzeźwością lub jej brakiem. Kiedy mijaliśmy każdą z nich, osaczał nas odór alkoholu, puste spojrzenia. Nieprzytomne kobiety przelewały się przez ręce lekko podchmielonych mężczyzn, ktoś całował się przy ścianach, ktoś się przewracał, ktoś się bił, ktoś żebrał, ktoś leżał w otoczeniu strzykawek, ktoś skakał z wieży kościoła mariackiego. Kraków - miasto artystów… Udało mi się wypić jednego Breezera na ciepło. Kiedy zapytałam kelnerkę dlaczego podała mi go ciepłego, spojrzała się na mnie, jak na kosmitkę. Była bardzo zdziwiona, kiedy ją poinformowałam, że jak sama nazwa wskazuje, takie drinki podaje się zmrożone. Do hostelu wróciliśmy dość szybko. Następnego dnia zszokowała mnie obsługa w knajpach, brak podstawowego savoir vivru, bezdomny, którego spotykaliśmy kilka razy w innym miejscu przy pracy, tj. zaczepianiu ludzi i proszeniu o 1,80 zł “na zupę”. Apogeum mojego zniesmaczenia i irytacji sięgnęło, kiedy w uroczym Szisza Clubie, ni stąd, ni zowąd, nagle do naszego stolika wparowała ochrona i potraktowała nas, jak intruzów. Wylegitymowano nas w chamski, obrzydliwy sposób, strasząc prawie gotowością pobicia. Jak potem usłyszeliśmy od kierownika klubu, sytuacja nastąpiła “przez pomyłkę kelnerki”, która źle wskazała numer stolika stwarzającego problemy w klubie. Ale tu przynajmniej zostaliśmy przeproszeni. Kolejnego dnia znowu mieliśmy przykrą sytuację. Tym razem z kierowcą pks’u, który wiózł nas do muzeum w Oświęcimiu. Oszukał nas, że nie ma biletów studenckich, policzył nam, jak za całe bilety, po czym kolejnym pasażerom sprzedawał te same bilety taniej. Na prośbę wyjaśnienia tej sytuacji, na pytanie “dlaczego”, usłyszeliśmy tylko: “Bo tyle mieliście zapłacić”. Chamstwo,warcholstwo i nieposzanowanie klienta. Także to tylko relacja z tych większych nieprzyjenych sytuacji naszych spotkań z Krakowiakami. Muszę przyznać, że pod tym względem jestem Krakowem rozczarowana. I choć nie zdążyłam zwiedzić wszystkiego, co chciałam, pewnie długo jeszcze będę musiała odczekać, żeby tam jeszcze wrócić. Ale prawdą jest to, że podróże kształcą. Niech puentą będzie stwierdzenie, że miasto, choćby ze złota, nigdy nie będzie piękne, bez “pięknych” ludzi. Bo miasto to przede wszystkim ludzie. Zastrzegam się tu, że to tylko moje odczucie i zdaję sobie sprawę, ze nie mogę generalizować i na podstawie kilku sytuacji wyciągać wniosków o całym mieście i wszystkich ludziach mieszkających w nim. Być może miałam niefarta i trafiłam na takich, a nie innych ludzi, ale teraz tak czuję i chcę się tym z Wami podzielić.
Na osobny akapit zasługuje wspomnienie o Oświęcimiu. Wizyta w obozach zagłady natchnęła mnie myślą o tym, jak dużą rolę w naszym życiu pełni historia. Napawa nas nostalgią, niepokojem, dumą, czasem też ciekawością i tajemnicą. W historii odnajdujemy coś, czego nie doświadczamy na co dzień. Zmusza nas do zadumy i refleksji. W perspektywie zbliżającego się święta zmarłych takie miejsce jak Auschwitz, czy Birkenau nabierają dla mnie jeszcze większego znaczenia. Czy pamiętamy jeszcze to, co zdarzyło się na oczach naszych babć zaledwie 65 lat temu? Czy pamiętamy my –Polacy? W niedzielę w Oświęcimiu było pełno ludzi. Moją uwagę zwróciło szczególnie kilkanaście grup brytyjskich żydów. Z flagami gwiazdy żydowskiej na plecach, ze łzami w oczach, śledzili kolejne sale muzeum. W jednej kilka tysięcy prawdziwych włosów po uśmierconych, w drugiej buty po nich, w innej przybory codziennego użytku, ubrania, pędzle do golenia, szczotki, zdjęcia bliskich - żywe dowody na to, że to wszystko, o czym czytamy, miało miejsce naprawdę. To miejsce zmusza do refleksji nad światem, nad wartościami, nad słabością ludzkiej psychiki i siłą demonicznych jednostek, gotowych na wszystko. Pod ścianą straceń złożyliśmy hołd, zapaliliśmy świecę. Niestety pogoda nie pozwoliła nam na dokładne zwiedzenie Brzezinki. Rozpętała się burza z piorunami i zrobiło się trochę niebezpiecznie, ponieważ obóz Birkenau znajduje się na środku wielkiego pola. Ale obóz w Auschwitz zwiedziliśmy bardzo dokładnie, z przewodnikiem. Każdy z nas odebrał go w inny sposób. Ale co do jednego jesteśmy zgodni. Oświęcim to miejsce, w którym należy być. Chociaż raz w życiu.
w dniu listopad 1, 2006 w dniu 7:27 pm
“Zastrzegam się tu, że to tylko moje odczucie i zdaję sobie sprawę, ze nie mogę generalizować i na podstawie kilku sytuacji wyciągać wniosków o całym mieście i wszystkich ludziach mieszkających w nim. Być może miałam niefarta i trafiłam na takich, a nie innych ludzi, ale teraz tak czuję i chcę się tym z Wami podzielić.”….a cala wypowiedz ponas tymi zdaniami byla takim generalizowaniem…mam pytanie? Czy Warszawa jest kolorowa? Sa mili, uczynni ludzie, nie ma bezdomnych, wszyscy sobie robia dobrze na wzajem i na ulicach w nocy nie ma dziwnych upojonych noca ludzi??? chyba zyjesz w innej Warszawie niz ja jezeli widzisz to inaczej…ja wolalabym jeszcze raz sprobowac poznac miasto z drugiej strony…zarowno w Wawie jaki w Kra sa mile, ciekawe miejsca i fajni ludzie…
w dniu listopad 1, 2006 w dniu 9:25 pm
Tak jak napisałam, na pewno spróbuję je poznać jeszcze raz, ale trochę odczekam. A odpowiadając na Twoje pytanie, to w Warszawie jeszcze mi się nie zdarzyło w ciągu jednej nocy, w jednym miejscu widzieć tyle, ile widziałam tam. Tamte zceny przeplatały się jak na filmie. W Warszawie niecodziennie ktoś skacze z Pałacu Kultury i Nauki, a widok rzebrzących na Starówce o 1 w nocy i nieprzytomnych z upojenia alkoholowego kobiet jest dla mnie rzadkością. I nie dlatego, że jest to Warszawa. Skąd w ogóle porównanie tych obu miast w Twoim komentarzu? Tematem tego postu była ambiwalencja UCZUC, która towarzyszyła mi po powrocie z wycieczki. W żadnym stopniu nie oceniam Krakowa, ani tym bardziej W-wy. Piszę tylko o konkretnych sytuacjach, ludziach i towarzyszących mi odczuciach w tamtej chwili.O W-wie też można by wiele powiedzieć - złego i dobrego. O mnie też. Ale to już temat na inny post. Może go kiedyś podejmę…
w dniu listopad 2, 2006 w dniu 10:01 pm
“Skąd w ogóle porównanie tych obu miast w Twoim komentarzu? Tematem tego postu była ambiwalencja UCZUC, która towarzyszyła mi po powrocie z wycieczki.”…gdyz wedlug mnie poza tytulem post nie byl o ambiwalencji uczuc ale ocenie…zwlaszcza w tym fragmencie…o ocenie miasta Krakow…czemu porownane z Warszawa, bo chyba w tym miescie na stale przebywasz i twoja ocena wynika z porownania do czegos co dobrze znasz, wiec domyslam sie ze do miasta w ktorym mieszkasz…
w dniu listopad 4, 2006 w dniu 10:08 przed południem
wydaje mi sie ze wpis moglby byc zatytulowany “Warszafka przyjechala do Krakowa”… tak juz niestety wyglada rzeczywistosc warszawiakow w innych miastach… wielokrotnie sie z tym spotkalem i nie jestem zdziwiony ze mialas takie przezycia w tym miescie… jednak wydaje mi sie ze w warszawie sa takie same sytuacje tylko ze jestes do nich inaczej nastawiona bo to twoje miasto w ktorym zyjesz od urodzenia (moje zalozenie)… w krakowie bylas turystycznie wiec emocje jak i uczucie obcosci spowodowalo ze bylas zaszokowana… moze akurat trafilas na wyjatkowy wieczor… moze na zla dzielnice… radze spedzic kilka chwil obok stadionu legii po meczu albo pojechac na ulice targowa w nocy… mysle ze tam mialabys podobne odczucia…
w dniu listopad 7, 2006 w dniu 10:43 pm
ciekawa jestem czy zastanowiłaś sie ilu z tych spotkanych przez Ciebie na Rynku ludzi było faktycznie z Krakowa a ilu tam było turystów. ciekawe że wszystko sprowadzasz do jednej przyczyny, a przeciez całe miasto nie uparło się żeby akurat Wam zrobić na złość.